Z zewnątrz wyglądała jak zwyczajny dom proboszcza. Murowana plebania stała obok kościoła św. Klemensa, w miejscu związanym z kilkusetletnią historią parafii. W jej pobliżu przez stulecia chowano zmarłych mieszkańców Nadarzyna i okolicznych miejscowości.

Pod koniec XIX wieku budynek przeszedł już swoją własną historię. Inwentarze parafialne odnotowały murowaną plebanię w 1890 roku, a siedem lat później wspomniano o pożarze.

Kiedy w 1908 roku proboszczem został ksiądz Piotr Loeve, miał objąć dom, w którym według relacji jego poprzedników od pewnego czasu działy się niewytłumaczalne rzeczy.

O tych wydarzeniach wiemy dzięki księdzu Czesławowi Maliszewskiemu, który po latach opisał je w kronice nadarzyńskiej parafii.

Chciał wreszcie zaznać spokoju

Loeve przybył do Nadarzyna z Kołacinka, niewielkiej parafii pod Brzezinami. Spędził tam około dwóch lat.

To ustalenie pozwala inaczej spojrzeć na zdanie zapisane przez Maliszewskiego.

Kronikarz wyjaśniał, że nowy proboszcz spodziewał się po przeprowadzce spokoju, ponieważ już w poprzedniej parafii doświadczał podobnych, niepokojących zdarzeń.

Czy również w Kołacinku opowiadano o nawiedzonej plebanii? Zachowana relacja tego nie rozstrzyga. Wiadomo jednak, że nadarzyńskie odgłosy nie były pierwszym takim doświadczeniem, o którym wspominał Loeve.

W samym Nadarzynie miały pojawiać się jeszcze za poprzedniego proboszcza, księdza Antoniego Pakulskiego. Słyszano między innymi ciężkie kroki na schodach, choć nie było widać osoby, która je stawiała.

Jakby ktoś zrzucił wszystkie okna

Jedno z wydarzeń rozegrało się jeszcze przed wybuchem pierwszej wojny światowej.

Na piętrze plebanii mieszkała wówczas starsza kobieta, siostra zmarłego księdza, przyjaciela Loevego. Proboszcz udostępnił jej pokój.

Na strychu przechowywano wyjmowane na lato dodatkowe skrzydła okienne. Pewnego wieczoru domowników przestraszył potężny huk, jakby cały ich stos runął na podłogę.

Hałas usłyszeli wszyscy. Kobieta mieszkająca na piętrze zapytała księdza, co się stało.

Loeve próbował ją uspokoić, tłumacząc, że zapewne osunęło się jedno z okien.

Była to jednak tylko jedna z kilku sytuacji, które później opisywał swojemu następcy.

Kościelny, pies i łoskot cegieł

Innym wieczorem proboszcz pracował przy biurku.

Na ławce w ganku siedział kościelny i nocny stróż Franciszek Niezgoda. Towarzyszył mu pies.

Nagle obaj mężczyźni usłyszeli potężny łoskot, jakby przy frontowym wejściu do plebanii zawaliły się cegły i gruz.

Ksiądz wyszedł sprawdzić, co się wydarzyło.

Nic nie było zniszczone. Wszystko pozostawało na swoim miejscu.

Według relacji odnotowanej przez Maliszewskiego przestraszył się również pies. Zwierzę podkuliło ogon i schowało się pod ławką.

Ta opowieść ma szczególną wartość historyczną, ponieważ kronikarz podał nazwisko kościelnego i zaznaczył, że Franciszek Niezgoda żył jeszcze w czasie sporządzania zapisków.

Ksiądz stracił cierpliwość

Trzecie z opisanych wydarzeń nastąpiło latem, w godzinach popołudniowych.

Loeve odmawiał brewiarz w pokoju stołowym, gdy nagle usłyszał odgłos przypominający upadek ciężkiej szafy.

Tym razem zareagował inaczej. Tupnął nogą i zwrócił się do niewidzialnego sprawcy hałasu, żeby nie przeszkadzał mu w modlitwie.

Z czasem uznał jednak, że dalsze życie w ciągłym napięciu może odbić się na jego zdrowiu.

Przekazał więc kapelanowi w Walendowie 45 rubli na odprawienie gregorianki, czyli trzydziestu kolejnych mszy za zmarłego.

Według relacji przekazanej Maliszewskiemu od początku nabożeństw odgłosy zaczęły słabnąć, a po ich zakończeniu na plebanii zapanował spokój.

Tak przynajmniej zapamiętał to ksiądz Loeve.

Pod ogrodem leżały kości dawnych mieszkańców

Historia plebanii ma również całkowicie rzeczywisty, historyczny wymiar.

W dawnej części ogrodu parafialnego przez stulecia znajdował się cmentarz. Ksiądz Maliszewski pisał, że ziemia była tak przesycona szczątkami, iż podczas orki koń potrafił zapaść się w podłoże.

Wspominał także o odnajdywanych monetach z czasów Jana Kazimierza.

Dopiero w 1853 roku wyznaczono nowy teren na cmentarz parafialny.

Ponad sto lat później, podczas badań archeologicznych prowadzonych w 2017 roku na terenie dawnego cmentarza za kościołem, odnaleziono szczątki około trzech tysięcy osób.

Odkrycie potwierdziło, jak wiele pochówków znajdowało się w miejscu, które z czasem straciło swoje pierwotne przeznaczenie.

Nie wyjaśnia to jednak tajemniczych zdarzeń opisywanych przez duchownych. Cmentarz jest faktem historycznym, natomiast opowieści o duchach pozostają świadectwem tego, co mieszkańcy plebanii słyszeli, przeżywali i jak to interpretowali.

Dziwne historie nie skończyły się wraz z Loevem

Po latach na plebanii miały wydarzyć się kolejne trudne do wyjaśnienia sytuacje.

W 2017 roku Nadarzyn.TV opublikował wspomnienie córki wieloletniej gospodyni parafialnej, która jako nastolatka chciała przestraszyć powracającego z kościoła proboszcza.

Usłyszała charakterystyczny odgłos przekręcania klucza w drzwiach i schowała się, przygotowując żart.

Jednak nikt nie wszedł. Kiedy sprawdziła drzwi, nikogo za nimi nie było. Proboszcz wrócił dopiero po kilkudziesięciu minutach i zapewniał, że wcześniej nie zbliżał się do budynku.

W tej samej publikacji znalazła się jeszcze opowieść o księdzu Józefie, który siedział przy stole, czytając książkę. Gdy wstał i odszedł, na miejsce, w którym przed chwilą przebywał, spadł ciężki żyrandol.

Te zdarzenia miały rozegrać się wiele lat po śmierci Loevego.

Opowieści o nadarzyńskiej plebanii przetrwały zatem nie tylko w kronice, ale również w pamięci osób mieszkających tam w późniejszych czasach.

Czy były to zbiegi okoliczności, odgłosy starego budynku, ludzkie wyobrażenia czy rzeczywiście zjawiska, których świadkowie nie potrafili wyjaśnić?

Niezależnie od odpowiedzi mamy do czynienia z osobliwym fragmentem lokalnej historii. Przez kilkadziesiąt lat kolejne osoby opowiadały o tym samym miejscu, a ich wspomnienia znalazły drogę najpierw do kroniki parafialnej, a później kościelnej prasy.

I właśnie dlatego historia tajemniczej plebanii wciąż powraca, szczególnie w pierwszych dniach listopada.