Gdyby w drugiej połowie lat trzydziestych ktoś przejeżdżał przez Walendów, mógł zobaczyć kobiety pracujące na polach, w ogrodzie albo przy oczyszczaniu stawów. Ubrane były jednakowo. Nadzorowały je zakonnice, które często pracowały razem z nimi. Nie było wysokiego muru, wież strażniczych ani obrazu więzienia, jaki znamy z filmów.
A jednak były to więźniarki.
Na terenie dzisiejszej gminy Nadarzyn działała Penitencjarna Kolonia Rolna – pierwsza tego rodzaju placówka dla kobiet w przedwojennej Polsce. Powstała w 1936 roku w gospodarstwie Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. W ówczesnych dokumentach i prasie więziennej zgromadzenie określano również mianem „Magdalenek”.
Czy mieszkańcy okolicznych miejscowości wiedzieli, kim były kobiety widywane podczas pracy? Zapewne przynajmniej część z nich musiała zdawać sobie z tego sprawę. Kolonia nie była tajnym ośrodkiem, lecz oficjalnym zakładem podlegającym Ministerstwu Sprawiedliwości. Nie zachowały się jednak – a przynajmniej dotąd nie zostały odnalezione – relacje pokazujące, jak postrzegali ją mieszkańcy Walendowa, Nadarzyna i sąsiednich wsi.
Kobiety, którym miano dać drugą szansę
Decyzja o utworzeniu kolonii zapadła 17 lutego 1936 roku. Według dokumentacji zakonnej jej organizowanie rozpoczęto 6 marca. Nie wybierano przypadkowych osadzonych. Do Walendowa miały trafiać przede wszystkim młode kobiety pochodzące ze wsi, skazane po raz pierwszy, zdolne do pracy i rokujące – jak wówczas pisano – poprawę.
Zasadniczo przyjmowano kobiety w wieku od około 17–18 do 30 lat, odbywające karę od roku do pięciu lat. Recydywistki miały być wyłączone z tego systemu. Źródła wspominają jednak, że w praktyce zdarzały się również więźniarki z dłuższymi wyrokami.
Zanim kobieta została skierowana do Walendowa, przechodziła obserwację w więzieniu przy ulicy Dzielnej w Warszawie. Badano jej zdrowie, stan psychiczny, osobowość, sytuację rodzinną i dotychczasowe życie. Sprawdzano akta sądowe oraz informacje uzyskiwane z policji, szkoły czy urzędu gminy. Dopiero na tej podstawie decydowano, czy nadaje się do pobytu w kolonii.
Był to jeden z przedwojennych eksperymentów polskiego więziennictwa. Zamiast izolować kobiety wyłącznie w celach, próbowano zmieniać ich życie przez pracę, naukę, dyscyplinę i religię.
Pobudka o wpół do szóstej
Najdokładniejszy opis codzienności pozostawił psychiatra dr Lucjan Korzeniowski, który odwiedził Walendów i w 1937 roku opublikował reportaż zatytułowany „Wizyta w Walendowie”. Zastał tam 52 więźniarki. Inne opracowania podają w zbliżonym okresie 48 kobiet, a przed wybuchem wojny ich liczba miała wzrosnąć nawet do 70–100.
Dzień zaczynał się około godziny 5.30, a kończył o 20.00. Kobiety otrzymywały pięć posiłków. Pracowały na polach, w ogrodzie, sadzie, gospodarstwie, pralni i przy stawach. Zimą uczyły się czytać i pisać, poznawały zasady higieny, szyły, robiły pończochy i wykonywały inne prace ręczne. Niektóre z nich właśnie w Walendowie miały po raz pierwszy nauczyć się pisać listy do rodzin.
Mogły otrzymywać korespondencję, paczki i odwiedziny. Korzystały z książek i wychodziły na spacery do lasu. Spały na ustawionych obok siebie niewielkich łóżkach, jadły we wspólnej sali, a kąpiel odbywała się w dużych baliach.
Kolonia działała łagodniej niż zwykłe więzienie, ale nadal była miejscem przymusowego pobytu. Obowiązkowe były praca, nauka i podporządkowanie się regulaminowi. Wychowanie miało silnie religijny charakter, a bezpośredni nadzór nad kobietami sprawowały siostry zakonne. Główną wychowawczynią była siostra Bożena Pniewska, natomiast sprawami kancelaryjnymi zajmowała się siostra Beata Piekut.
Jednym z najbardziej niezwykłych elementów walendowskiego systemu była zmiana imion. Więźniarki na terenie kolonii posługiwały się innymi imionami niż te zapisane w dokumentach – niekiedy dawnymi, słowiańskimi. Miało to symbolizować zerwanie z dotychczasowym życiem.
Czy ludzie mieszkający w pobliżu znali te kobiety? Czy rozmawiali z nimi podczas pracy? Czy wiedzieli, za co zostały skazane? Tego źródła na razie nie mówią. Wiemy jedynie, że nie były całkowicie ukryte przed światem, bo pracowały na otwartym terenie, a w 1937 roku ich fotografię wykonano podczas robót polowych.
Więzienie, które nie było sielanką
Przedwojenna prasa więzienna opisywała Walendów niemal jak wzorcowy zakład. Podkreślano brak murów, spokojną atmosferę i przemianę kobiet dokonującą się dzięki pracy. Do tego obrazu trzeba jednak podejść ostrożnie. „W Służbie Penitencjarnej”, gdzie ukazał się reportaż, było czasopismem środowiska więziennictwa i promowało nowy system resocjalizacji. Głos samych więźniarek właściwie nie zachował się w publikowanych materiałach.
Nie można więc opowiadać o Walendowie jak o wiejskim pensjonacie. Kobiety pozostawały osobami pozbawionymi wolności, pracowały obowiązkowo i podlegały dyscyplinie. Według późniejszego opracowania Joachima Bara w ciągu ośmiu lat dwie osadzone samowolnie opuściły kolonię. Obie miały po kilku dniach dobrowolnie powrócić, tłumacząc ucieczkę tęsknotą za rodziną.
Wojna przerwała pierwszy rozdział
1 września 1939 roku, na polecenie Ministerstwa Sprawiedliwości, więźniarki zwolniono. Większość wróciła do rodzin. W Walendowie pozostało tylko kilka kobiet, które nie miały dokąd pójść.
Mógł to być koniec historii kolonii, ale okupanci postanowili ponownie wykorzystać istniejący zakład. 17 sierpnia 1940 roku niemieckie władze więzienne zaczęły kierować do Walendowa dorosłe kobiety skazane na więzienie. Placówka działała pod kontrolą okupacyjnego wymiaru sprawiedliwości, lecz na co dzień nadal prowadziły ją siostry.
Od tego momentu zmienił się również charakter wyroków. Do Walendowa trafiały nie tylko kobiety skazane za przestępstwa pospolite. Źródła zakonne wspominają o osadzonych ukaranych za ukrywanie polskiego oficera, nielegalny wypiek chleba czy oblanie niemieckiego żołnierza żrącą substancją.
Jedną z nich była Adolfina Płomieńska. Została zatrzymana za próbę uszkodzenia munduru żołnierza Wehrmachtu substancją żrącą. Początkowo osadzono ją w Areszcie Centralnym przy ulicy Daniłowiczowskiej w Warszawie. Dzięki przekupieniu niemieckich urzędników miała uniknąć Pawiaka i Auschwitz, a następnie zostać przeniesiona do Walendowa. W 1944 roku uciekła z kolonii, a podczas powstania warszawskiego służyła jako łączniczka.
Z Walendowem łączy się również sprawa Anny Kowalskiej z domu Penda i Walerii Szperkiewicz, nazywanej w części dokumentów Sperkiewicz. Kobiety pomagały Chawie Gener oraz innej Żydówce, które wydostały się z warszawskiego getta. Niemiecki Sąd Specjalny skazał je 9 marca 1943 roku na pięć lat zaostrzonego więzienia. Zachował się dokument z 28 kwietnia, zgodnie z którym obie miały zostać skierowane do więzienia kobiecego w Walendowie. Nie odnaleziono jednak dotąd ostatecznego potwierdzenia, że obie rzeczywiście do niego dotarły.
Walendów pozostawał więzieniem okupacyjnym, ale dla niektórych kobiet umieszczenie właśnie tam mogło oznaczać ocalenie przed Pawiakiem, obozem koncentracyjnym albo znacznie cięższym zakładem karnym.
Dokąd zabrano kobiety?
Ostatni rozdział tej historii rozpoczyna się 1 marca 1944 roku. Na polecenie władz Generalnego Gubernatorstwa w Krakowie kolonię dla dorosłych kobiet zlikwidowano. Więźniarki zabrano z Walendowa, lecz dostępne dziś opracowania nie podają ani ich liczby, ani miejsca przeznaczenia transportu.
To największa nierozwiązana zagadka w historii placówki. Nie wiemy, czy kobiety rozwieziono do innych więzień, wysłano do jednego zakładu, czy też część z nich trafiła do obozów. Odpowiedź może znajdować się w nieprzebadanych aktach niemieckiej administracji więziennej, księgach transportowych albo dokumentacji przechowywanej w archiwum zgromadzenia.
Po wywiezieniu dorosłych kobiet Niemcy umieścili w Walendowie nieletnie dziewczęta skazane na pobyt w zakładzie poprawczym. Gdy 1 sierpnia 1944 roku wybuchło powstanie warszawskie, większość z nich wróciła do rodzin. Te, które nie chciały lub nie miały dokąd odejść, pozostały pod opieką sióstr.
Czy ktoś jeszcze pamięta?
Przez Walendów przewinęły się dziesiątki, a być może setki kobiet. Pracowały na miejscowych polach, pisały listy do rodzin, uczyły się, odbywały wyroki, próbowały rozpocząć życie od nowa. Podczas okupacji znalazły się wśród nich także kobiety ukarane za opór wobec Niemców i pomoc prześladowanym.
A jednak historia Penitencjarnej Kolonii Rolnej niemal zniknęła z lokalnej pamięci. Być może dlatego, że placówki nie otaczały więzienne mury. Być może po wojnie wspomnienia o niej przykryły znacznie tragiczniejsze wydarzenia. A może dokumenty i relacje nadal istnieją – w rodzinnych albumach, starych listach lub opowieściach przekazywanych przez mieszkańców.
Jeżeli znacie takie przekazy lub posiadacie materiały związane z tym miejscem, napiszcie w komentarzu albo skontaktujcie się z redakcją nadarzyn.tv. Być może właśnie w lokalnych wspomnieniach znajduje się brakujący fragment historii kobiet, które w latach 1936–1944 przebywały w Walendowie.
Źródła
-
Lucjan Korzeniowski, „Wizyta w Walendowie”, „W Służbie Penitencjarnej”, 1937, nr 11.
-
Joachim Bar, „Rozwój stanów doskonałości w Polsce”, „Prawo Kanoniczne”, 1966.
-
Magdalena Teleszewska, „Postępowanie ze skazanymi kobietami w latach 1918–1939”.
-
Bartosz Kułan, „Strażniczki z Pawiaka…”.
-
Instytut Pamięci Narodowej, „Rejestr faktów represji na obywatelach polskich za pomoc ludności żydowskiej w okresie II wojny światowej”.
-
Historia klasztoru Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Walendowie.




Komentarze
Wybierz emotikonę
Wybierz GIF