Wieczorem 9 stycznia 1901 roku w klasztorze w Derdach zaniepokojono się powrotem konia ciągnącego pustą bryczkę. Ksiądz Mateusz Pawłowski, pełniący obowiązki kapelana miejscowej wspólnoty zakonnej, nie dotarł do domu.

Poszukiwania zakończyły się odnalezieniem jego ciała. Duchowny zginął od uderzenia w głowę tępym narzędziem. Okoliczności zbrodni opisał później ksiądz Czesław Maliszewski w kronice nadarzyńskiej parafii.

Pawłowski mieszkał w Derdach, ale regularnie odwiedzał Walendów, gdzie pomagał siostrom Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia w sprawach gospodarczych. To właśnie z jedną z takich podróży związana jest historia jego ostatniego wieczoru.

Kronikarz zanotował, że zabójca był znany, jednak nie znaleziono dowodów pozwalających pociągnąć go do odpowiedzialności. Nie podał jego nazwiska ani motywu zbrodni.

Został księdzem po śmierci żony

Mateusz Pawłowski urodził się 12 września 1850 roku w Chrząstówku, w powiecie łęczyckim. Był synem Marcina i Magdaleny z Kwiatkowskich.

Jego droga do kapłaństwa nie była typowa. W młodości ożenił się, a dopiero po śmierci żony zdecydował się wstąpić do warszawskiego seminarium duchownego. Święcenia przyjął w 1887 roku, mając 36 lat.

Przez kolejne lata pełnił posługę w Warszawie. Tam też doszło do wydarzenia, które sprawiło, że zainteresowała się nim carska administracja.

Msza pod fikcyjnym nazwiskiem

17 kwietnia 1894 roku w warszawskiej archikatedrze św. Jana odprawiono nabożeństwo zamówione pod pozornie zwyczajną intencją za zmarłą osobę.

W rzeczywistości miało ono upamiętniać setną rocznicę insurekcji kościuszkowskiej. Ponieważ publiczne manifestacje patriotyczne były w zaborze rosyjskim represjonowane, organizatorzy ukryli prawdziwy cel mszy pod fikcyjnym nazwiskiem.

Nabożeństwo odprawił ksiądz Pawłowski.

Kiedy rosyjskie władze odkryły jego rzeczywisty charakter, duchownego skierowano za karę do klasztoru karmelitów w Oborach.

Według korespondenta krakowskiej „Nowej Reformy” ksiądz nie znał wcześniej prawdziwej intencji zamówionej mszy. Nie uchroniło go to przed represjami. Prasowa relacja wspomina również, że później nie powierzono mu już samodzielnego probostwa.

Po pobycie w Oborach pracował jako wikariusz w Borzęcinie, a następnie został kapelanem w Derdach.

Pogrzeb pod nadzorem wojska

14 lutego 1901 roku krakowska „Nowa Reforma” opublikowała korespondencję z Warszawy podpisaną pseudonimem „Narrans”. Opisywała ona pogrzeb Pawłowskiego, który zgromadził według autora kilka tysięcy uczestników.

Kiedy trumnę wynoszono z archikatedry św. Jana, na placu Zamkowym znajdowała się policja. Ulicę Świętojańską obsadzono wojskiem, a pod komisariatem na Podwalu czekali kozacy.

Również na Powązkach przygotowano się do uroczystości. Już od godziny trzeciej po południu obecna była tam komenda żandarmerii.

Szczególnie wymowny był sposób traktowania żałobników. Konni żandarmi nie pozwalali ludziom zbliżać się do karawanu, a tych, którzy próbowali podejść, spychali końmi.

W ocenie korespondenta demonstracja siły przyniosła skutek odwrotny do zamierzonego. Zamiast zastraszyć uczestników, wzbudzała oburzenie i wzmacniała patriotyczny charakter uroczystości.

Historia zapisana w dwóch źródłach

Przez lata o śmierci Pawłowskiego przypominała przede wszystkim kronika księdza Czesława Maliszewskiego, zachowana w archiwum nadarzyńskiej parafii.

Jednak relacja prasowa z 1901 roku pozwala zobaczyć tę historię z innej perspektywy. Pokazuje, że duchowny związany z Derdami i Walendowem był wcześniej uczestnikiem wydarzenia, które carskie władze uznały za niebezpieczną manifestację patriotyczną.

Samą zbrodnię kronikarz opisał zaledwie w kilku zdaniach. Najbardziej zagadkowa pozostała jego uwaga o znanym, lecz nieukaranym sprawcy.

Po 125 latach ten szczegół nadal nadaje historii Mateusza Pawłowskiego charakter niewyjaśnionej zagadki kryminalnej.