14 listopada 2019, imieniny obchodzą: Rogera, Serafina, Agaty

~Taka historia
11:35 14-11-2019
Sąsiad czymś palił bo smród z komina szedł. To wezwałem jednego i za dwa... więcej »
~Wygląd i spojrzenie
11:31 14-11-2019
Niektórych tzw. strażników to strach na podwórko wpuścić a co dopiero do... więcej »
~miwszkaniec
10:52 14-11-2019
czemu wczedniej tyle lat pracowali i wszystko im pasowalo a teraz oczerniaja... więcej »

BON BINI ARUBA!

Komentarzy (0)
07-03-2011

Aruba, maleńka karaibska wyspa, o której wiedzieliśmy tylko tyle, że jej jedynym naturalnym zasobem są... białe, piaszczyste plaże, miała być dla nas słodkim odpoczynkiem po trudach podróży, jakich zaznaliśmy w Wenezueli.

Nie wiem, jak najszybciej dostać się na Arubę z Polski, ale my wybraliśmy drogę przez Wenezuelę. Samolot z Punto Fijo do Oranjestad, stolicy Aruby, leci zaledwie pół godziny. Pierwsze zaskoczenie spotkało nas, jak zwykle, już na lotnisku. Urocza Pani celniczka nie bardzo rozumiała, dlaczego nie wiemy, w jakim hotelu zamieszkamy, a my nie bardzo rozumieliśmy, dlaczego ona tego nie rozumie. Dla świętego spokoju podaliśmy nazwę pierwszego międzynarodowego hotelu, jaki przyszedł nam do głowy i, nieświadomi pasma nadciągających rozczarowań, radośnie wyruszyliśmy na podbój wyspy. Wszystko stało się jasne zaraz po odebraniu bagażu. Na lotnisku nie ma ani jednego punktu informacji turystycznej! Nie ma także reklam miejscowych hoteli, pensjonatów i resortów. W zamian za to, każdy podróżny otrzymuje pełną torbę reklam sklepów jubilerskich, kasyn i restauracji z amerykańskim jedzeniem. Lekko zatroskani stanem naszej niewiedzy skorzystaliśmy z pomocy taksówkarza. Poprosiliśmy o podwiezienie do niedrogiego hotelu. Podróż taksówką trwała 15 minut i kosztowała 20 dolarów amerykańskich!!!

Już wtedy wiedzieliśmy, że Aruba nie jest miejscem tanim i że w żaden sposób nie można jej porównać z Wenezuelą, której obraz wciąż mieliśmy przed oczami. Taksówkarz wybrał dla nas Brickell Bay Beach Club, twierdząc, że od kilkunastu lat pracuje na tej wyspie i całą pewnością wie, że to tani hotel. No cóż, miał rację, hotel kosztował tylko (!!!) 108 dolarów za trzyosobowy pokój na jedną dobę bez śniadania, czyli średnio jakieś pięć/sześć razy drożej niż hotele w Wenezueli. Oczywiście nie uwierzyliśmy doświadczonemu człowiekowi i natychmiast udaliśmy się w miasto na poszukiwanie ładnego i taniego hotelu. Po kilku godzinach poszukiwań, zmęczeni, spoceni i spragnieni - znaleźliśmy! Hotel położony w centrum Oranjestad, w cichej (jak nam się zdawało) uliczce, blisko do wszelkich nocnych atrakcji. Pokój pozostawiał wprawdzie wiele do życzenia, ale kosztował raptem 40 dolarów. Niestety, pierwsza spędzona w nim noc musiała być zarazem ostatnią! Ta cicha okolica, około godziny 3. (w nocy!) stała się jednocześnie ringiem bokserskim i torem wyścigów samochodowych – tuż obok otwarto bar karaoke. Kolejny dzień na Arubie rozpoczęliśmy więc znowu od poszukiwania miejsca na nocleg, ale tym razem gotowi byliśmy zapłacić znacznie więcej. Już około południa staliśmy z powrotem w recepcji Brickell Bay Beach Club, błogosławiąc taksówkarza (bo miał rację) i w duchu przeklinając swoją nieufność (bo mu nie uwierzyliśmy). To, co proponuje wyspa, to albo luksusowe hotele typu Radisson, albo luksusowe pokoje w willach należących do Holendrów. Oba warianty dużo droższe niż Brickell Bay.

"Nasz" hotel nie był może nadzwyczajny, ale za to czysty, elegancki i położony bardzo blisko pięknej plaży Palm Beach z bezpłatnymi leżakami dla gości hotelowych. W hotelu jest basen, a na każdym piętrze można zaopatrzyć się w lód prosto z kostkarki. Wreszcie mogliśmy odpocząć. Zanim rozpakowaliśmy walizki, pędem pobiegliśmy na plażę. Piękna!!! Biały piasek, turkusowa woda, zielone, smagane wiatrem palmy. No właśnie - wiatr! Wiatr wieje tak silnie, że w pierwszej chwili gotowa byłam przysiąc, że nadchodzi huragan. Przy takiej wichurze piasek, który wygląda jakby powstał z milionów połamanych muszelek, wbija się w skórę jak okruszki szkła. Leżaki są niezbędne. Pomyślałam: "Jeśli raj istnieje, to musi wyglądać jak plaża na Arubie...". Tak, pod warunkiem, że patrzysz wyłącznie w stronę morza. Widok w przeciwną stronę nie jest już tak zachwycający. Wzdłuż plaży, nieprzerwaną linią, ciągną się wielkie, nieciekawe hotele chyba wszystkich międzynarodowych sieci świata. Hotele, które swoją brzydotą potrafią zaćmić nawet piękno Morza Karaibskiego. Usadowiliśmy się więc twarzą we właściwym kierunku i tak spędziliśmy leniwie cały dzień, aż do zachodu słońca.

Wieczór to doskonała pora, żeby poczuć wspaniałą atmosferę Karaibów z ich cudowną muzyką, szalonymi tańcami i lokalnymi przysmakami. Tak rzeczywiście jest na Karaibach, ale nie na Arubie. Restauracje serwują głównie dania kuchni amerykańskiej i międzynarodowej, a w klubach króluje muzyka taka sama, jak we wszystkich dyskotekach świata. Obeszliśmy całe miasto, zajrzeliśmy do każdego klubu, każdej restauracji i stwierdziliśmy ze zdumieniem, że turyści na tej pięknej wyspie najchętniej przepuszczają swoje pieniądze w licznych, czynnych całą dobę kasynach.

Następnego dnia postanowiliśmy poprawić wizerunek Aruby w naszych oczach. Gnani ciekawością świata i chęcią ponurkowania w ciepłych wodach, jak wszyscy turyści na wyspie wypożyczyliśmy samochód. Samochodów jest na Arubie tak dużo, że w centrum Oranjestad wybudowano kilka ogromnych parkingów. Przypuszczam, że gdyby dobrze policzyć, okazałoby się, że na jednego mieszkańca wyspy przypada co najmniej dziesięć aut. W ciągu kilku minut dojechaliśmy do Arashi Beach, znanej jako najlepsze na wyspie miejsce do nurkowania. Niestety, ta opinia jest co najmniej przesadzona. Rafy koralowej nie ma wcale, a rybek zaledwie kilka (a i te nie specjalnie ciekawe). Zapakowaliśmy więc maski i rury do bagażnika i wyruszyliśmy w dalszą drogę. Przez kolejne cztery godziny obejrzeliśmy kalifornijską latarnię na północno-zachodnim końcu wyspy, ruiny zamku Bushiribana, Natural Bridge – most wyżłobiony w skale przez fale morskie, kaktusy w Arikok National Park, zwiedziliśmy miejscowości San Nicolas, Savaneta, Pos Chiquito, dwa razy zgubiliśmy drogę, wypiliśmy piwo w barku i wróciliśmy do hotelu. Zobaczyliśmy całą wyspę, ale pomimo najlepszych chęci, nic nas nie zachwyciło. Pozostało nam tylko wystroić się elegancko i zjeść kolację w hotelu Hyatt.

Warto wspomnieć w tym miejscu o stolicy wyspy - Oranjestad, bo to niezwykle zaskakujące miejsce. Tak kolorowych domów nie zobaczycie chyba nigdzie na świecie. Wszystkie budynki w mieście pomalowano na pastelowe, bajkowe kolory i ozdobiono ornamentami jakby żywcem wyciętymi z tortu szalonego cukiernika. Kasyna, centra handlowe, hotele, restauracje, siedziba gubernatora i budynek parlamentu ciągną się wzdłuż landrynkowego portu z najpięknieszymi jachtami świata. A wszystko to w otoczeniu puszących się palm i wypielęgnowanych trawników.

Arubę odwiedzają przede wszystkim Amerykanie, czasem także Holendrzy i Wenezuelczycy. Turyści innych nacji zjawiają się tylko na chwilę, wysiadając z ogromnych statków–hoteli, przybijających codziennie do portu w Oranjestad. Dla większości z nich jest to doskonałe miejsce na tanie zakupy markowych produktów. Rzeczywiście: droga biżuteria, markowe zegarki, kosmetyki &dbquo;z górnej półki” i ciuchy znanych projektantów są tu tańsze niż gdziekolwiek indziej. Za to wszystko inne, od wody począwszy, a na hamburgerach skończywszy, kosztuje znacznie więcej.

Aruba to jedno z niewielu miejsc, których NIE polecam młodym, ciekawym świata podróżnikom. Ciekawskim polecam wirtualną wycieczkę po wyspie - wystarczy kliknąć na nazwę miejsca i z bliska obejrzeć atrakcje. Dla tych, którzy mimo wszystko planują całkiem realną wyprawę na Arubę, kilka informacji: 

• geograficznie Aruba położona jest w obrębie Antyli Holenderskich, ale politycznie odłączyła się od nich w 1986 roku, nadal pozostając jednak autonomicznym członkiem Królestwa Holandii;
• obywatele polscy nie potrzebują wizy na pobyt turystyczny do 90 dni;
• walutą Aruby jest florin arubański o stałym kursie wobec dolara ameykańskiego –  1,79 (niezmienny od 1998 roku);
• na wyspie można płacić zarówno florinami, jak też dolarami o dowolnych nominałach;
• klimat tropikalny morski, z niewielkimi wahaniami temperatury (27 do 35 st. C);
• powierzchnia Aruby to zaledwie 193 km2, a zamieszkuje ją niespełna 71 tysięcy osób;
• oficjalny język to holenderski, w powszechnym użyciu są także angielski, hiszpański i niemiecki;
• naturalnym językiem mieszkańców Aruby jest papiamento – język, który powstał z połączenia języków karaibskich Indian, Indian Arawak, afrykańskich niewolników, południowoamerykańskich i holenderskich kupców, hiszpańskich konkwistadorów, portugalskich misjonarzy oraz francuskich i angielskich osadników.


Bon Bini znaczy witaj, Ayo – do zobaczenia.

Autor: Sylwia Pryzińska

Komentarze:
 
Copyright © 2010 - 2019 Nadarzyn.tv
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE. DALSZE ROZPOWSZECHNIANIE ARTYKUŁÓW, ZDJĘĆ, FILMÓW, TYLKO NA PODSTAWIE PISEMNEJ ZGODY WŁAŚCICIELA PORTALU