To jedna z tych historii, które dziś brzmią niemal jak scena z przedwojennego filmu kryminalnego. Opisało ją kilka gazet z 1930 roku, a najbardziej szczegółowa relacja zachowała nawet imię policyjnego psa, który odegrał w całej historii najważniejszą rolę.

Nad ranem mieszkańcy Nadarzyna jechali furmanką na jarmark do Błonia. W lesie drogę zastąpiło im trzech zamaskowanych mężczyzn.

Napastnicy byli uzbrojeni w rewolwery. Sterroryzowali podróżnych, zabrali im znaczną sumę pieniędzy i uciekli w stronę lasów w rejonie Otrębus.

Obrabowani nie pojechali jednak dalej do Błonia.

Zawrócili do Nadarzyna i osobiście zgłosili napad na miejscowym posterunku Policji Państwowej. To właśnie ten szczegół tłumaczy, dlaczego akcja poszukiwawcza mogła rozpocząć się tak szybko.

Policja ruszyła do lasu

Zawiadomienie uruchomiło dużą akcję. Na miejsce przybyli funkcjonariusze urzędu śledczego, wywiadowcy, komendant powiatowy oraz kilkudziesięciu policjantów. Był również przewodnik z psem policyjnym. Las, w którym ukryli się napastnicy, został otoczony.

Dzisiaj może dziwić, że w 1930 roku informacje mogły zostać przekazane tak szybko. Policja Państwowa była jednak znacznie lepiej wyposażona w środki łączności, niż moglibyśmy przypuszczać. Właśnie w 1930 roku około 85 procent jednostek policyjnych posiadało już połączenie telefoniczne. Dzięki temu wiadomość z lokalnego posterunku mogła szybko trafić do komendy powiatowej, urzędu śledczego i sąsiednich posterunków.

Policja korzystała również z transportu mechanicznego. Według danych Komendy Głównej Policji Państwowej na 1 grudnia 1930 roku formacja miała w całym kraju 92 samochody osobowe, 34 ciężarowe, 70 motocykli i 1119 rowerów. Miała też łodzie motorowe i inne środki transportu. Nie wiadomo, czym konkretnie funkcjonariusze przyjechali pod Nadarzyn, dlatego tego rozstrzygnąć się nie da, ale możliwość szybkiego przerzucenia ludzi już wtedy istniała.

W tym przypadku policjanci mieli jeszcze jedną przewagę — bandyci uciekali pieszo i dopiero co zniknęli w lesie. Ich trop był świeży.

Zabezpieczali ślady jak w prawdziwym śledztwie

Na miejscu rozpoczęto szczegółowe oględziny.

Policjanci odnaleźli ślady pozostawione przez napastników. Specjalnie skierowany funkcjonariusz wykonał gipsowe odlewy śladów stóp, a na wozie poszkodowanych fotografowano pozostawione odciski.

Jednocześnie coraz bardziej zaciskano pierścień wokół lasu.

Początkowo pies policyjny zachowywał się spokojnie.

Do czasu.

Dolly zaczęła ujadać pod drzewem

W pewnym momencie pies o imieniu Dolly zaczął się wyraźnie niepokoić i ujadać. Dla przewodnika był to sygnał, że poszukiwany człowiek może znajdować się bardzo blisko.

Policjanci ruszyli dalej.

Po kilkunastu krokach Dolly zatrzymała się przy grubym, wysokim drzewie i zaczęła na nie wskakiwać.

Funkcjonariusze spojrzeli w górę.

Na szczycie drzewa siedział mężczyzna.

Policja wezwała go do zejścia.

Mężczyzna nie zamierzał opuszczać kryjówki.

Rozpoczęło się osobliwe oblężenie. Według zachowanej relacji trwało około dwóch godzin. Dopiero po tym czasie ukrywający się człowiek zszedł z drzewa.

Został zatrzymany, a napadnięci rozpoznali w nim jednego z uczestników rabunku. Mężczyzna nie chciał zdradzić swojego nazwiska ani wydać wspólników.

Kilka godzin później wpadł następny

Obława trwała dalej.

Kilka godzin później patrol z posterunku w Milanówku natknął się w lesie na kolejnego mężczyznę. Na widok policjantów rzucił się do ucieczki, lecz został schwytany.

Okazało się, że był kolejnym uczestnikiem napadu.

Zatrzymany miał przyznać się do udziału w rabunku i powiedzieć policjantom, że zrabowane pieniądze znajdują się u człowieka nazywanego „Kajtusiem”, mieszkającego w Warszawie.

Policjanci pojechali pod wskazany adres.

„Kajtusia” jednak nie zastali.

Domownicy powiedzieli, że kilka dni wcześniej wyjechał z domu i pracuje w jednej z podwarszawskich cegielni.

I właśnie w tym miejscu zachowany prasowy ślad tej historii się urywa.

Bohaterem okazał się Dolly

Prawie sto lat później w tej historii najbardziej zapada w pamięć nie bandyta, który przez dwie godziny siedział na szczycie drzewa, lecz policyjny pies.

Dolly.

Gdyby pobiegł dalej, policjanci mogli minąć kryjówkę zaledwie o kilka metrów.

On jednak zatrzymał się pod właściwym drzewem.

I zamiast prowadzić funkcjonariuszy dalej przez las, kazał im po prostu spojrzeć w górę.